Miesięczne archiwum: Lipiec 2010

I CO Z TEGO ŻYCIA MY MAMY?…

Tak właśnie wczoraj późnym wieczorem leżeliśmy sobie i rozmawialiśmy.Jurek dostał napady kaszlu,za sprawą sztucznego migdała,który jest do wymiany.Czeka go zabieg z migdałami,ale i nie czeka,bo lekarze nie dają gwarancji że on po zabiegu będzie mówił i że nie będzie miał problemów z oddychaniem,przełykiem.Do tego do 30tysiaków by to kosztowało.Czasami mu puchną w gardle migdały,że z trudem przełyka ślinę.Czasem dostaje ataku kaszlu i jest ok.tydzień spokoju.Muszę zapytać w aptece o jakiś specyfik na migdały.Doraźnie mu pomoże podczas napadów.Podczas naszej wieczornej rozmowy,tak się zastanawialiśmy na tym co my z tego życia mamy.No bo tak.Wstajemy rano.Jedno z nas idzie do pracy.Drugie po domu się krząta i myśli co trzeba.Zawsze coś.Jak nie pranie włożyć trzeba do pralki a bieliznę w łapkach zaprać,to znowu na mieszkaniu jakieś porządki by trzeba a to opróżnioną lodówkę by trzeba ro znowu wyjazd na tanie zakupy.Zawsze coś.Kiedyś Błażej mi powiedział że mam dobrze że mam popołudniówki,bo przynajmniej się wyśpię.Tylko zapomniał że stworzyłem dom rodzinny a raczej jego namiastkę,więc muszę o niego dbać.Zresztą wpoiłem tą tezę w Jurka,że czasami on się sam sobie dziwi że tak się przemógł.Raczej to siła miłości a nie przemógł.Druga teza,to taka,że nikt o nas nie zadba,jak sami o siebie nie zadbamy.Tak jest w rzeczywistości.Dlatego szacunek do siebie nawzajem,troska,szczerość,miłość są najwa żniejsze w tym wszystkim.Chociaż to też w pewnym sensie monotonia.Praca-dom i odwrotnie.Czasem jakieś wekendowe atrakcje się wydarzą,ale też ze względu na Jurka stan zdrowia i po części finanse ograniczam.A po drugie to zmęczenie po roboczym tygodniu.Tak więc odpoczynek by się należał.Żeby jeszcze za to konkretne pieniądze były,to warto,ale to tak żeby się na powierzchni ziemi utrzymać a nie utonąć.Źeby to chociaż urlop był,to by się jakiś odpoczynek w górach zorganizowało na 10 dni.No ale chociaż ten wekend mamy wolny.Z początku Jurek płakał że mniej kasy będzie.Fakt,że szef z synem chce coś podpatrzeć ale też zaoszczędzićTAK JEST

GOTUJ Z…

Dwie takie grubciejsze laski kiełbasy zwyczajnej.Jedna średnia cebula.Dwa duże pomidory.30dkg.fasolki szparagowej.1/2papryki czerwonej.1/2papryki żółtej.Jeden mały słoiczek sosu ostrego PUDLISZKI.Dwie papryczki chili.Kiełbasę kroimy w takie grubsze plasterki.Cebulę w kostkę i razem smażymy.Pod koniec smażenia,gdy już tłuszcz nam się wysmażył,dodajemy na patelnię ów sos ze słoika.Fasolki szparagowe gotujemy do miękkości i kroimy jeden strączek na trzy części.Papryki po wyjęciu tych farfocli z pestkami kroimy w paski a paski na drobniej i dokładamy do całości na patelni.Zamieszamy i chwilę pod przykryciem trzymamy i tyle.Ziemniaczki maleńkie,ugotowane dajemy na talerz.Obok to leczo i jemy.Nie wiem.Jurek mówił że pycha ale mało.Mnie też nawet smakowało.We wtorek smażyłem sznycelki.Do tego małe ziemniaczki i sałatka z pomidora i cebulki ze śmietaną.Zaniosłem Jurkowi do pracy i zjadł ze smakiem.Stwierdził że ja się rzeczywiście z powołaniem pomyliłem.Trochę z domu wyniosłem.Trochę odpatrzyłem od Kuronia.To że na końcu nie był bym sobą jak bym nie spróbował.A teraz to babcie z osiedla podają mi przepisy na sklepie.No wczoraj brakło mi ziemniaków dla Marka,więc dwie bułki posmarowałem masłem na to plasterek pomidora i sznycelek.Wsi kebab.Jak to Marek stwierdził.Tak Juruś jest w pracy.A ja wstanę,toaletę poranną wykonam i C jak co dalej.Telewizornię?Ilesz można oglądać?Tak tu sobie leci telewizorek,którego bardziej słucham niż oglądam a ja sobie kroję.Pogoda nas jak na lato nie rozpieszcza. Brzydko,ponuro,znowu leje.Senny dzień.Ale cóż.Na 14-ą będzie trzeba do pracy.Nie muszę się spieszyć,bo Juruś pobędzie za mnię,ale nie będę wykorzystywał okazji,kosztem jego zdrowia.Ale mogę się do pracy spóźnić.Mieliśmy w wekend pojechać na opalanie,ale pogoda nie na opalanie.Pozostanie solarium.Właśnie dziś jadę z Darkiem.Pomysła na obiad dziś nie mam,ale jak znam życie,to Jurek coś wyczaruje.Tylko on się spasł.Ja też,choć trochę schudłem.Potem pyta się pana Kalisza,kto ma większy kryzys/brzuch/i sprawdza.No dobrze.Byle był zdrów…

OSTATNIO WZIĘŁO MNIE COŚ NA GOTOWANIE.

Nie wiem dlaczego,ale ostatnio wzięło mnie na gotowanie.Zawsze jak idę do pracy,albo z pracy na mieszkanie,to idę przez plac targowy a to w związku z blaszakiem z papierosami w hurtowej cenie.Pokonuję cały plac,pomiędzy straganami.Śliwki 3zeta za kilogram.Nażeramy się,bo codziennie kupuję po 2kilo.Jurek myślał upiec placek ze śliwkami,ale czasu brak.W sumie to zeszłego roku upiekł.Brytfanka o kwadraturze piekarnika.Mniamśne było jak nie wiem,ale jakie kaloryczne.Brzoskwinie po 4zeta.To można pokroić na ćwiartki i polać miodem spadziowym,tak delikatnie i zjeść.Fasolka szparagowa już nam bokami wychodzi.Pomidory po 3,50.Jak nie pokrojony z cebulką w plasterki,polany oliwką i popieprzony,to poprostu pokrojony w ćwiartki i posolony.W poniedziałek taka starsza klientka napisała mi taki tani i prosty sposób na obiad.W odpowiedzi na pytanie Jurka:Tak roślinek tyle(warzywa)a mięsko pies zjadł?Tak więc nie wszystko zjadł!W poniedziałek i we wtorek dałem temu dowód.Podobno smaczne,ale tyle co kot napłakał.Bez przesady!

WEKEND SENNY I PONURY.

Nie mieliśmy koncepcji na wekend.Po upalnym tygodni zawitało do nas ochłodzenie.Do tego spadło ciśnienie atmosferyczne.Do tego zmęczenie po całym tygodniu pracy.No i tak.W sobotę wstaliśmy o ósmej.Po papierosie i dłuższej wizycie w łazience,zjedliśmy śniadanie.I tak ja smarowałem kromki,kotek ubierał w wędlinkę i plasterek pomidorka i odwrotnie.To odwrotnie zgubiło mnie z tropu i jak się kapłem,to prawie kilo chleba zjedliśmy,tyle samo pomidorów i prawie pół kilo wędliny.Juruś powiedział że nic się nie odzywał,ale o to chodziło.No i udało mi się zrzucić kilka kilogramów,to on tylko czeka że będzie widać u mnie,tak jak u niego szósty miesiąc ciąży.Tak się z niego panie śmieją w pracy.Po śniadaniu położyliśmy się jeszcze i jak otworzyłem oczka,to na zegarze dochodziła 16-a.Włączyłem telewizornię.Popstrykałem po kanałach i w tym braku ciekawych programów,wybrałem film przyrodniczy,niech leci.Wyjąłem z lodówki pojemnik prawie kilowy surówki z selera z rodzynkami i zjadłem połowę.Drugą dałem Jurkowi,na co on zareagował że on też na równi się dokłada do tego domu i ma prawo do jakiejś kiełbasy.No dobrze.Ja nic nie mówię,ale chciałem tak dietetyczniej i zdrowiej.Jurek ugotował dwie grube laski zwyczajnej i ketchup do tego i jemy razem.Może rzeczywiście plusem był pracujący wekend,bo mogłem coś ściemnić z jedzeniem a tak co…Jurek poszedł umyć naczynia,mimo iż ja bardzo chciałem.Nie!Ja mam odpoczywać.Tak mi na to odpowiedział i nie dyskutuj.No dobrze.Pojechaliśmy na miasto zobaczyć,co się tam dzieje.Nic ciekawego nie ma.Planty,gdzie zwykle dyskretnie nagrywali się geje opustoszały.Tylko kilku bezdonych upija się.No dobrze.Fajny spacer i tyle.Błażej do 21-ej w pracy.Marek wykorzystał wolną sobotę na domowe porządki,na włożenie prania do pralki.W sumie zapraszał,ale co…Jurek weźmie się za pomaganie.Pojechaliśmy zatem na mieszkanie.Zrobiłem po kilka kanapek,zieloną herbatę i tyle.A tu słyszę jak Jurek pod nosem mrucy:Im więcej pieniędzy wkładam do tego domu,tym mniej jedzenia dostaję…Dobrze.No i bądź mądryipisz wiersze

STRIPTIZ BYŁ CIENKI,ALE MUZA BYŁA NIE DO PODJEBANIA I SUPER ATMOSFERA.

Striptiz był cienki.Zwyczajny gostek,zwisający średniej wielkości członek.Nic przystojności.Nic męskości.A zresztą.Nie bawi mnie to.Striptiz,to ja mam w domku na codzień.Pewnie jak by to był tradycyjny night club dla pań,to wzbudził by emocje.Ładną miał bieliznę i tyle.Natomiast muza była nie do podjebania.Większość,to nowości i do tego ta niepowtarzalna klima.Poznaliśmy ekstra towarzycho.Trzy dziewczyny,jeden facet.Oczywiście branża.Super nam się rozmowa kleiła.Marek takie jaja odstawiał że dziewczyny już sikały.Potem to już powiedział tylko:Wiecie co laski?…a one ha,ha,ha.Potem jak towarzystwo sobie podpiło,to jedna z nich nawet się Markowi oświadczyła.Po kilku dniach Marek przez kom jej przypominał i było:Ja?Napewno ja?Ściemniasz…Boże!Zazdrościć dziewczynom,że mają wakacje.Nie każdemu jest to dane.Cali spoceni udaliśmy się na Warszawę Centralną.Dziewczyny popstrykały nas damskim dezodorantem,to mniej od nas waliło potem.Do tego pomalowała mi usta podkładem,lakierem na czerwono.Kazała nie pić i nie palić przez kwadrans a potem to już paliłem,piłem browca i nie zcierało się.Paznokcie pomalowała mi na taki cielisty róż z wcześniejszym manicure.Wogóle to super miejsce.Jakby time pozwolił,to byśmy jeszcze pozwiedzali warszawę,ale co.Zmęczenie,niewyspanie i wogóle.Udaliśmy się na dworzec.Do odjazdu pociągu ok.40 minut,więc pobyliśmy przed dworcem na ławce.Przynajmniej można było na spoko zapalić,bo na dworcu zakaz.Wymieniliśmy się komami do siebie i wsiedliśmy w pociąg.Na odjezdne dziewczyny zaśpiewały nam:Mam tak samo jak ty…I Warszawskie kolorowe sny.Marek odpowiedział im śpiewająco:Jak długo na wawelu…Pocałunek dyskretny w policzek,do zobaczenia i ruszamy.Całą podróż praktycznie przespałem.Dobrze że Juruś pilnował,bo Markowi też się usnęło.Rozstaliśmy się w tramwaju.Marek wysiadł wcześniej,my później.Na mieszkaniu nawet nie jedlhiśmy nic,tylko wyłączyliśmy komy i poszliśmy spać.Pod wieczór dzwonił Marek a potem dziewczyny.Jak tam po imprezie?Super wrażenia.W ciągu tygodnia padały hasło kiedy będziemy.MIŁO