Miesięczne archiwum: Sierpień 2013

CAŁY DZIEŃ DZIŚ NA NOGACH.

Od rana,od siódmej praktycznie już jesteśmy na nogach.Bo tak wstaliśmy.No bo trzeba wziąść poranny prysznic,bo po nocy trochę spoceni jesteśmy.W końcu wełniana kołdra kupiona w Zakopanem grzeje jak nie wiem.Tej nocy spaliśmy bez kołdry i jak zwykle nago.Ale i tak byliśmy spoceni.Poza tym ogolić się trzeba.A i kosmetykę twarzy Wojtka i mojej też.To i mamy rewelacyjny balsam do ciała,podarowany a właściwie to podrzucony w łazience w hotelu przez Rachela.Z ciekawości kiedyś popatrzymy w perfumeri Douglas,ile on kosztuje.Ale co to dla niego,jak on ma kasę niezłą.Zjedliśmy śniadanko.Wyszedłem z Tawariszem jeszcze na dwór,żeby mieć spokój.I koło ósmej wyszliśmy na tramwaj.Stwierdziłem,że jak tam mamy na Szerokiej płącić za parking od godziny a zbędzie nas kilka godzin,to nie opłaca nam się.A potem jeszcze wdepniemy na Stary Kleparz i też by trzeba za parking uiścić opłatę,to lepiej jak pojedziemy tramwajem.Taniej nas to wyjdzie.Wojtek zgodził się ze mną.Kupiliśmy w kiosku bilety i wsiedliśmy w tramwaj.Nie pamiętam,kiedy ostatnio jechaliśmy tramwajem.Wojtek też nie może sobie tego przypomnieć.Oczywiście jak dojechaliśmy blisko centrum,to kanary wsiadły z kontrolą.Ale co tam nam.Wuwuś wybił bilety zaraz jak weszliśmy do nowego z klimą tramwaju i dał mi na przechowanie.To pokazałem i dziękuję.Dojechaliśmy na miejsce.Z przystanku 50 metrów spacerkiem przeszliśmy i już parking na Szerokiej i stara synagoga REMU.Mieliśmy jeszcze prawie 20-a minut do dziewiątej,ale lepiej na wejść wcześniej i zająć miejsce,niż potem liczyć na cud,że wpuszczą nas.No bo to taka maleńka synagoga,więc nie zmieści się tam dużo osób.Ale wyjęliśmy z torby woreczki z jarmułkami z Jerozolimy i założyliśmy już przed wejściem,to inaczej to zabrzmiało.Od razu stojący przy wejściu pan powiedział zapraszamy,shalom.Miło.Przepiękne śpiewy żydów.Nie potrzeba do tego ani akompaniamentu,ani organ.Zjednoczyliśmy się z chłopakami tam,którzy za godzinę w Miejskiej Synagodze w Tel Awiwie,będą na modlitwie.I oni modlą się za nas tam.Wyłączyliśmy komórki jak wchodziliśmy.Kiedy wyszliśmy na zewnątrz po modlitwach już,to jakiś pan zapraszał nas do JCC na poczęstunek śniadaniowy.Podziękowaliśmy,bo nie mamy na tyle czasu,aby tam siedzieć i rozmawiać przy kanapkach.Tak też mu powiedziałem i podziękowałem.Może innym razem-dodał Wojtek.Okay.Poszliśmy małymi i wąskimi uliczkami Kazimierza w kierunku Placu Nowego,albo jak się mawiało Placu Żydowskiego.Tam oczywiście zamówiliśmy dwie zapiekanki w rondlu.Wojtek ogarnął 70% jej a ja zjadłem całą.No i musiałem jeszcze zjeść za Wuwu.Popatrzyliśmy jeszcze,co tam mają na placu,ale w sobotę,to niewiele mają.W niedzielę tam jest giełda staroci,ciuchów nowych i używanych.I multum ludzi.Ale poszliśmy sobie na nogach na Stary Kleparz,przez rynek.Na nim już ustawiają kramy i budki drewniane,bo rozpoczynają się tam Targi Sztuki Ludowej.Nie mniej ceny  nie małe tam są,ale możemy jutro tam wdepnąć i popatrzeć jak na miejscu haftują serwetki,czy wyrabiają gliniane garnki,popielniczki,talerzyki na miejscu.Czemu nie.I tak odebrać kasę mamy za dziś za precle i na jednym stoisku dać woreczki.Błażej jutro nie pracuje,więc możemy go wyciągnąć.Pójdziemy tam do kościoła Mariackiego na mszę świętą.Potem popatrzymy na te kramiki i twórców ludowych a póżniej możemy iść na lody na przykład.Tak sobie planujemy następny dzień zawsze przed nocą.Normalka u nas. :-) :-) Na Starym Kleparzu dopatrzyłem kobietę,która mnóstwo kurek przyniosła do kiosku.Tam kioskarka dała jej za ten kopiaciusieńki kosz 20 złotych.Za kilo kurek liczy 28 złotych.To jest przelicznik.Wyzysk!Kiedy owa rolniczka poszła za kioski do samochodu,to ja pociągłem Wojtka za rękaw i poleciałem za nią.Wojtek nie domyślił się o co mi chodzi.Nie szarp mnie-proszę cię.Ja pociągłem go jeszcze raz za rękaw i szepnąłem szybko chodż.Pani wyciągała z samochodu jak busik kolejny kosz kurek.Ja złapałem za ów kosz.Dałem jej 45 złotych do ręki i automatycznie wyjąłem dwie duże reklamówki,żeby wsypać te grzyby.Trzymaj tu!Wojtek!Trzymaj tu!…Kurki już są nasze a pani tym handlarzom,zdziercom powie,że nie wzięła pani ich z domu i weżmie następnym razem.Okay?Ale…Ja tak nie mogę…Bała się pani,że straci ja podpatrzą stałego odbiorcę.Bo to ja mam przyjść do nich i zapłacić za kilo 28 zeta a nie kupować w hurcie.Wojtka wyrzuciłem na róg ulicy,żeby go nie widziano z tymi kurkami a ja otworzyłem tego busika i wyjąłem z niego 4 kobiałki z malinami.Za jedną taką dają jej 5 zeta.Potem przesypują do styropianowych,maleńkich pojemniczków i 5 zeta pojemniczek.Zdzierstwo!30 zeta dałem jej za te cztery kobiałki,które doniosłem pod Wojtka.Wojtek nie bardzo jarzył o co tu chodzi.Wytłumaczyłem mu cały ten mechanizm w tramwaju.Przeprosił mnie i ja jego za zachowanie.Dwie pełne siatki pomidorów za 6 zeta,dwie pełne siatki czerwonej porzeczki za 10 zeta.A na koniec jeszcze mega duża głowa kapusty.Pani powie,że wydawało się pani,że  pani wzięła,ale tyle tylko pani ma i reszta będzie następnym razem-dorzuciłem.Ale ja nie umię cyganić-odpowiedziała kobieta.Ale to żdzierstwo u nich…Aż tyle więcej muszą zarobić?Jak coś,to za dwa tygodnie u nas w kiosku RUCHU.Adres jej podałem i ogarnęliśmy jakoś ten towar i pędzikiem uciekliśmy do tramwaju.Wojtek kupił bilety i od razu tramwaj podjechał na przystanek.Zajęliśmy podwójne siedzenie.Wuwu wybił bilety i dał mi do przechowania.I zajęliśmy miejsca siedzące.Towar przysunęliśmy koło siebie i mieliśmy na niego oko.W tramwaju Jerzy stał i przyglądał się z pod boku.Jakby chciał coś ukraść,czy zagadać…Nie ważne.Od razu było czuć nie miły zapach,to wiadomo,ze jakiś łazęga jedzie niedomyty.Popatrzyłem a to Jerzy.No cóż…Tyle chciał od życia?Tyle ma.My chcieliśmy więcej i mamy trochu więcej.Zajechaliśmy do domu z tym,ale cóż…Do bigosu nie mamy konserwy turystycznej,ani suszonych kilku śliwek kalifornijskich.Wino białe,wytrawne mamy z Ziemi Świętej,to oki.Do zupy potrzeba też jakiegoś mięska,jarzynki przede wszystkim.Wuwu wyleciał szybko z Tawariszem na dwór i od razu wsiedliśmy w samochód,to pojechaliśmy na Stary Kleparz,ale od innej strony.Tam kupiliśmy już wszystko i pojechaliśmy do domku.W domku znowu mnóstwo roboty.Myślałem,że Wuwu sobie odpocznie trochę chociaż a ja porobię przy kuchni trochu,ale gdzie tam odpocznie.Poszedł na pół godzinny spacer z Tawariszem i jak wrócił,to od razu zdjął z siebie ciuchy i w samych bokserkach i bez podkoszulki tańczył koło mnie.Wpierw nastawiłem wodę z jarzynami i elementami wiejskiej kury na rosół.Potem zająłem się obieraniem grzybków.Wojtek płukał pod ciepłą wodą pomidory i układał je w szufladach na dole.Te grzybki,co obrane,to do wielkiego gara wrzucałem.A Wojtek rozgrzał patelnię i wlał oleju słonecznikowego i powkładał same kapelusze do smażenia.Po dłuższej chwili uchyliłem okno w kuchni,bo już czuć było zapachy.Grzybki zjedliśmy z kromką chleba.Nawet nie dawaliśmy masła na chleb,bo same w sobie one są już tłuste.Póżniej wyjąłem kolejny duży gar,na następną porcję kurek.Obraliśmy całość kurek.Ale teraz trzeba by kapuste uszatkować a nie ma do czego.Wziąłem i wymyłem bardzo dokładnie wiaderko z łazienki wzięte i do niego wkładałem uszatkowaną na szatkownicy ręcznej kapustę.Całe kopiate wiadro nam wyszło.Wojtek łapał się za głowę.Jesteś…Kto to tyle zje tego…Popatrz kochanie,jak ja już wyglądam…Teraz będzie od poniedziałku zupełnie mało czasu na cokolwiek,to się wyjmie i podgrzeje i będzie jak znalazł.Teraz dobrze by było te grzyby dać do miski,którą trzeba bardzo dokładnie umyć a do garnka włożyć kapustę poszatkowaną,wlać wody i nastawić na gotowanie.Kapusta się gotowała.Co jakiś czas dokładaliśmy do niej poszczególne składniki,wg.przepisu śp.Maćka Kuronia.Bigos nabierał smaku.Pod koniec gotowania dołożyłem owe kilka śliwek kalifornijskich i podlałem całość lampką białego,wytrawnego wina i szczelnie przykryłem pokrywką.Na małym ogniu kończył gotować się bigos.Rosół też już był gotowy.Zlaliśmy połowę przez sitko i dołożyliśmy do niego owych grzybków.I tak po kilku dobrych godzinach,mieliśmy już rosół,grzybową i bigos.Resztę grzybów włozyliśmy w siatkę i do lodówki daliśmy.Teraz jeszcze czerwona porzeczka obrana nam została.Ale to już jutro jak wrócimy z miasta.Trochę kapusty i trochę grzybków,proponuje Wuwu na farsz i wyrobić ciasto na pierogi.Zgadzam się z nim,ale trzeba by podejść do Galeri Krakowskiej,bo tam jest Carefour i dokupić mąkę i kilka torebek cukru zwykłego i  żelującego.Pójść do piwnicy i popatrzeć,ile mamy słoiczków i przynieść je do domu.Czeka nas jutro dalsza robota na kuchni.Bo i pierogi z kapustą i grzybami będziemy sami robić.Potem zajmiemy się czerwoną porzeczką.Bo i kompot bym chciał zrobić i kilkanaście może słoiczków konfitury z porzeczek.A i mamy trochę świeżego schabu i kila sztuk filetów z kurczaka.A i dwa kilo mielonego jest.Po niedzieli już nie bardzo będzie na to czas,więc dobrze było by jutro już zrobić.Na kolację Wuwu ponakładał na talerze sobie i mnie bigosu.Ze smakiem się zjadło.Tawarisz chciał strasznie trochu bigosu,ale co…Leży na talerzyku i nie papa.Powąchał tylko i tyle.O 21-ej naszego czasu a 22-ej ich czasu,Mark i Rachel zadzwonili do nas na skyp.Pytali się,czemu dziś już nie sprzedajemy w tym kiosku…Odpowiedziałem,że po modlitwach w synagodze REMU,poszliśmy na bazar i pokupowaliśmy produktów prosto od rolnika i zajęliśmy się gotowaniem.Oni nie gotują.Chodzą na miasto coś zjeść.Wtedy mają możliwość pobycia razem.Bo tak obowiązki firmowe.Każdy inne.Brak czasu.I ważniejszy interes nad domowe jedzenie,które zawsze lepsze od tego w restauracji.Ponaglają nas chłopaki już do kiosku,ale dobrze,bo taka dla nas motywacja jest.Już lepiej u mnie z angielskim.Michałka nadaje się do nauki języka.Dziś nie pojechałem do niego na kolejną lekcję.Jutro też nie będę.Dopiero w poniedziałek.Ale lojalnie się zachowałem wobec niego,bo zadzwoniłem i powiedziałem,że mamy mnóstwo roboty na kuchni i że nie dam rady ani dziś,ani jutro.Ale jakby czasem miał okienko,to zapraszamy z Marcinem go do nas na przepyszny bigos na winie.Teraz kończy się film i zaraz pójdziemy spać.Jest północ już,więc trzeba by.Jeszcze pewnie pójdziemy na balkon na papierosa.Potem Wuwusia trzeba będzie ukochać,żeby wiedział,ze jest zawsze najdroższą i najukochańszą osobą w moim życiu.Tawarisz pewnie też przyjdzie dyskretnie na pogłaskać.I lulu.TYLE. :-) :-)

PADNIĘCI JESTEŚMY PO CAŁYM TYGODNIU.

Już mamy wszystko.Mamy już na piśmie decyzję o przyznaniu nam lokalizacji w tym miejscu pod kiosk RUCHU.Mamy już przelane pieniążki,I ratę za wykupienie kiosku.Przepisany licznik prądowy na nas.Kiosk pomalowany na popielato.Oklejony reklamami papierosów i napojów.Wkładki do zamków wymienione.Towar już ten,co najważniejszy,to jest.Załatwiliśmy z RUCHEM,że do końca miesiąca września zapłacimy za towar.Za lokalizację musimy już w poniedziałek z góry za wrzesień zapłacić.Niestety.Ale co najważniejsze,to przepisałem firmę z jedno osobowej na nas.I takim sposobem Wojtek jest moim wspólnikiem w biznesie.Błażej w niedzielę jak był u nas,to pytał mnie,czy zastanowiłem się dobrze nad tym co zamierzam.Na razie jest beauty u was a jak tak kiedyś nie będzie,to co?Wojtek sam pokazał,że mogę go w ten sposób dowartościować.Jest na każdym kroku obok mnie.Na tyle,na ile się zna,to mi pomoże,podpowie.Mogę na niego liczyć.Teraz wymyślił,że praktycznie możemy zadzwonić do RUCHU i zamówić prasę codzienną na jutro i już jutro otworzyć kiosk.Ale jak patrzę na niego leżącego bez więdnie na narożniku,to nawet nie przyszedł by mi taki  głupi pomysł do głowy.Niech odpocznie chłopak dobrze,odeśpi,to co wcześnie musieliśmy wstać.A w poniedziałek ja rano o szóstej otworzę kiosk i przyjmę codzienną prasę a on przygotuje obiadek w domku i dopiero przyjedzie.Mark i Rachel dzwonią do nas na skypa codziennie o 21-ej.Właśnie zapaliłem kolejną świecę w Chanukii.Osiem kolejnych dni od 25-go każdego mies

PADNIĘCI JESTEŚMY.

Od poniedziałku walczyliśmy o pisemną zgodę na lokalizację tego kiosku RUCHU.Marek i Rachel wciąż dzwoniąc,pytali czy już wykładamy towar na półki.Dziwili się,że taka wielka biurokracja i bałągan jest w Polsce.Ale tak jest i nie zmienimy tego.Takie oni mają procedury i my musimy,tak samo jak urzędnicy miejscy zastosować się do nich.Ale w poniedziałek już pomierzono kiosk prawie cały w naszej obecności.We wtorek już przelałem I ratę za kiosk właścicielowi i podpisałem umowę a właściwie dopisałem do istniejącej już umowy z firmą RUCH,nowy punkt dostaw.W środę od rana pracownicy firmy RUCH,zakładali reklamę świetlną,malowali kiosk na popielato.Ja wymieniłem z Wojtka pomocą wkłady w zamkach i dałem nową kłódkę.Już w czwartek koło południa przyjechała chemia i kosmetyki.Potem zabawki i takie tam pierdoły.Dziś już zaopatrzono nas w papierosy,ustawiono i zaklejono reklamami przednią szybę.Resztę już my poukładaliśmy z Wojtkiem.Potem przyjechały gazety.Tygodniki,miesięczoniki itd.Praktycznie już mamy wszystko,poza codzienną prasą.Kasę fiskalną,małą już mamy w domku i jutro ona się znajdzie już w kiosku.Ale otwieramy kiosk dla klientów,dopiero  w poniedziałek.Nqawet nie mieliśmy czasu na zjedzenie domowego obiadku a o gotowaniu już nie wspomnę.,czy napisaniu notki do bloga.Jutro będzie więcej luzu.POZDRAWIAMY! :-) :-) TYLE.

WRESZCIE SPOKOJNIEJ I JAKŻE ROMANTYCZNIE WRESZCIE.

Wreszcie trochę spokojniej się u nas zrobiło.Ale to na chwilę,bo jutro już włączamy pełne obroty.No cóż.Trzeba wychodzić w urzędzie tą nową lokalizację.Nie wiemy,czy oni tam mają do nas telefon,żeby zadzwonić o której pojawi się osoba do pomiaru i opisu dokładnego lokalizacji.Musimy to wiedzieć,bo chcemy być przy tym obecni.Nie tak że za plecami pomierzą,popiszą i dadzą nam gotowy druk do podpisu.Musimy przy tym być.Wczoraj po napisaniu notki na blogu,dojedliśmy tytułem kolacji tą resztkę co nam została z obiadu.Wojtek wyszedł z Tawariszem na dwór na chwilę a ja w tym czasie umyłem naczynia i patrzyłem w telewizor.Wojtek jak wrócił,to podsunął pomysł na wspólny prysznic po całym dniu.Zgoda.Dobrze nam zrobił.Odświeżyliśmy się trochę.A i Wuwu też chciał trochę romantyzmu wnieść wreszcie w nasze życie.Po wspólnym prysznicu,zasłałem narożnik w dużym pokoju i położyliśmy się toples pod kołdrę i patrzyliśmy w tv.Wuwu jeszcze tak się do mnie mocno całym ciałem przytulił,że aż mi się gorąco zrobiło.Objął mnie całego ręką i głaskał.To jakiś pocałunek,to chwycenie za członka.Nie ma nic w tym złego.

Wuwu:Kochanie?Wiesz,że ja jestem w stanie zrobić wszystko dla ciebie?

Ja:Wiem.Ja też.Raz,że przyzwyczaiłem się do ciebie.A dwa,że zakochałem się w takiej cudownej,małej istocie jak ty.

Tylko se nie małej.

No niższy jesteś ode mnie.Nie tak?

No i co z tego?A zresztą nic na to nie poradzę,że taki jestem.

Najważniejsze jest to,że masz dobrze w głowie poukładane i że nie myślisz tylko hujem a głową  też.

Wuwu:No właśnie.A kiedy ostatnio myśleliśmy tą częścią ciała?Kiedyś też trzeba nią pomyśleć.Nie stale tylko głową.Niech głowa trochu odpocznie a co innego się rozrusza.

Ja:Było parę dni temu.

Wuwu:Co było,bo nie pamiętam.

Ja:No zrobiliśmy sobie dobrze…

Wuwu:Musiało to być takie bardzo maleńkie,że nie utkwiło mi w pamięci.Wuwu usiadł na mnie,klepiąc mnie dłońmi delikatnie po klatce.

Ja:No co tam moja myszka chciała?

Wuwu:Ja?A…Nic takiego…

Ja:Tylko?

Wuwu:A tak sobie chciała twoja myszka posiedzieć na tobie i poprzyglądać się na ciebie.

Ja:Tak,jakbyśmy się ruski rok nie widzieli.

Wuwu:A no ostatnio mało czasu mamy na popatrzenie się  na siebie,więc trzeba nadrobić zaległości.

Głaskał mnie po całej klatce.Sutki mi delikatnie gładził opuszką palca.W końcu położył głowę na mojej klatce.Czułem jego policzko na moich piersiach.Pogłaskałem go po włosach.Pogładziłem policzek dłonią.

Co myszeńko moja najdroższa?Jesteś wartościowym człowiekiem.Można i na tobie polegać i zaufać ci.I można się poradzić ciebie w różnych sprawach.

Wuwu:No ty i poradzić.Jak ty większe pojęcie masz o wszystkim.

Ale jak czegoś nie pamiętam już,czy zapomnę,to ty przypomnisz mi.To razem prowadzimy działalność handlową i razem ze mną pilnujesz wszystkiego.I ja posprawdzam dokładnie faktury.Wpiszę sobie do rozliczenia podatkowego kwoty a ty pochowasz na miejsce wszystko.Fenomenalnie posprzątasz mieszkanie.Obiad też już ugotujesz.

Wuwu:No gotowania to od ciebie się nauczyłem.Wiele się od ciebie nauczyłem.Zaaklimatyzowałem się w tej polskiej rzeczywistości bardzo dobrze,dzięki tobie.

Ja:Sam chciałeś się nauczyć i dalej ci zależy na tym,żeby wiedzieć wszystko i stoisz koło mnie i zadajesz mnóstwo pytań.I dobrze.Wiem potem,że mogę na ciebie liczyć.Pamiętasz na początku,jaki byłeś wystraszony?

Wuwu:No ty nie lepszą minę miałeś…

Ja:Ale ja z innego powodu.Ja miałem doła,żeby nie powiedzieć deprechę.I straciłem już nadzieję na to,że znajdę normalnego geja.Takiego jak ja.

Wuwu:I co?Straciłeś nadzieję?Czy dalej nie masz ochoty żyć,tak jak wtedy?

Ja:Muszę żyć.Mam ciebie.Jest Tawarisz.Ale przecięwzięcia  handlowe,które otwieramy powoli.Ale gdyby nie ty,który co dziennie wołał mnie do siebie i robił wszystko,żeby przysposobić sobie mnie,to pewnie by mnie nie było.Było mi już wszystko jedno.Ale ty nie dawałeś za wygraną.Podpuszczał Waldka,żeby zadzwonił po mnie i od razu przynosiłeś mi coś do jedzenia.I już się myszka moja droga przytuliła do mnie.I już pocałunek w policzek.I tak krok,po kroku i udało jej.

Wojtek uśmiechał się pod nosem.Patrzył na mnie z pod boku.I co sobie myślałeś?

Ja:Myślałem,ze obcokrajowiec,ty,który nie zna nikogo tutaj poza Waldkiem i Maćkiem i mną,co dopiero poznanym,to jest taki samotny i chciałby mieć jakieś towarzystwo.

Wuwu:To nie domyśliłeś się,że ja cały czas próbuję cię poderwać?Że robię wszystko,żebyś był ze mną?

Ja:Nie.Byłem w takiej depresji po Jerzym,że naprawdę nie myślałem tymi kategoriami.Taki obojętny.

Wuwu:A teraz taki ważny.Nie dotykaj go nawet.Nie rusz.

Ja:Zależy kto?Ty to możesz wszystko ze mną zrobić.

Wuwu:Tak?Wszystko?To mogę cię zgwałcić tu i teraz.Ale obiecaj mi,że nie pójdziesz z tym na policję,ani do sądu.

Ja:Nie.Coś ty.Nie pójdę nigdzie.Co najwyżej to do raju z tobą.

Wuwu:Do raju?

Ja:Tak.

Wuwu:To zabieram cię ukochany mój do raju.

Wojtek położył się na mnie.Całował mnie namiętnie.Gładził moją twarz dłonmi.Póżniej jedną ręką trzymał mojego członka a drugą moją głowę.

Wuwu:Co tu masz?

Ja:Nie wiem.Jakaś glista.Na ryby by z nią trzeba.

Wuwu:Ja widzę jakąś smaczną rurkę z kremem.

Ja:Tylko że ja kremu nie widzę w niej.

Wuwu:Zaraz dołożą kremu.Spokojnie.

Tak bawiliśmy się prawie 1,5 godziny.W końcu wszedłem w Wuwu członkiem.powoli i delikatnie.Wcześniej naśliniając dziurkę obficie.Zalałem jego pupcię ciepłą spermą.a potem zrobiłem mu loda z połykiem i tak jeszcze poleżeliśmy dłuższą chwilkę,po czym Wojtek zaciągnął mnie do łazienki,żebyśmy się umyli po stosunku dokładnie.Wdzialiśmy na siebie bieliznę i poszliśmy sobie na balkon zapalić.Póżniej Rachel z Markiem zadzwonili na video skejpa.Kwadrans porozmawialiśmy.Podziękowałem za pamięć.Rachel mówił właśnie o miości.O tym,że pomnażanie pieniędzy i szukanie nowych żródeł dochodu jest ważne.Ale jest jeszcze ponad tym ktoś więcej…Zapytałem kto?Bóg?On jest istotą naszej egzystencji,ale to jest twój partner.On jest cenniejszy od pieniędzy.On jest treścią twojego życia,mojego życia.Jest skarbem,który nie ma ceny.Jest bezcenny.Dlatego pośród zarabiania pieniędzy,czy zdobywania pieniędzy,jest jeszcze utwierdzanie miłości.Ją też czasem trzeba pożądnie odkurzyć,umyć i tak najpiękniej dopieścić.Jak najpiękniej umiesz.Rachel,kiedy to mówił,to przytulił się do Marka i pocałował go w policzek.Mark uśmiechał się i też odwzajemniał jego pocałunki.Pytał Mark,jak tam z tym kioskiem.Wyjaśniłem mu ten polski bałagan.Odpowiedzial zdenerwowany.To waszym zadaniem jest być przy otwarciu urzędu i doinformowanie się o której godzinie ci ludzie tam będą!W poniedziałek rano macie być zaraz jak urząd otworzą!Jasne?Tak jest Mr.Prezes!Jedziecie z nimi pod kiosk a potem prosto do urzędu i odbieracie zgodę na lokalizację i wszystko co tam jeszcze będzie trzeba!Ja nie znam się na polskich przepisach,ale znam z opowiadań,że są chore psychicznie.Potem z tymi papierami gdzie?Potem jedziemy do firmy RUCH.Tak się nazywa firma,która obsługuje kioski z gazetami,papierosami itp.Rozumiem że już zamawiać będziecie towar.Tak.Musimy po saloniku zobaczyć ile czego nam trzeba.Zamki.A właściwie wkłądy z zamków trzeba wymienić na nowe.A co się dzieje?Nie zamyka się-pytał Mark.Nie.Zamyka się,ale istnieje obawa,że ten poprzedni właściciel ma dodatkowe klucze.Aha.To musicie zmienić.Żeby wam nie podbierał towaru,albo was nie okradł-odpowiedział Mark.Ale to jak już towar będzie,to Wuwu będzie wykładał na półki towar a ja zmienię wkłady w zamkach.Lepiej jak jutro byś już sobie zrobił.Tak to towar przywiozą i już będziesz mógł sprzedawać to co jest.Wojtek będzie odbierał towar i ukłądał a ty już sprzedajesz-odpowiedział Mark.Zobaczymy jak to będzie.Rachel opowiadał o kobiecie,która zapisała się na tatuaż w jego salonie kilka miesięcy temu.W końcu nie przyszła.Zadzwonił za nią a ona się rozmyśliła po prostu.A miał już w garści duży pieniążek,bo duży tatuaż miał być.U nas to z tego co się orientuję,to biorą zaliczkę,której w razie,kiedy osoba się rozmyśli,to nie oddają-odpowiedziałem.U nas nie ma takiego zwyczaju,że zaliczkę biorą-odpowiedział Rachel.A tak poza tym,to zdrowi jesteście?-zapytałem.A choćby nawet nie,to co wy nam z tak daleka pomożecie.A i pieniędzy nie macie na tyle,żeby nam pomóc,ani fizycznie nie możliwe to jest-zaśmiał się Mark.Kwadrans rozmowy z nimi wiele do nas przemówił.I to że ten partner mój,jest cenniejszy od pieniędzy.Bezcenny.Po rozmowie z nimi,włączyliśmy rmf.maxxx i transmisję z Ibizy i położyliśmy się.Koło jedenastej,Tawarisz przyszedł do nas zakomunikować,że chciałby jeszcze wyjść na dwór.Wyszedłem z nim na chwilę.A kiedy wróciłem,to podsunąłem pomysł na pójście spać.Na zajutrz mamy rano przygotować wszystko do obiadu,pójść na mszę świętą.A potem tylko czekać na Błażeja. :-) :-) Dzisiaj rano po ósmej już wstaliśmy z łóżka.Wojtek wyjął z lodówki wątróbki drobiowe i wstawił do zlewu,żeby się rozmroziły.Poszliśmy wziąść prysznic i poranną toaletę i kosmetykę wykonać.Zjedliśmy śniadanie i Wuwu wyszedł z Tawariszem na dwór.Jak wrócił,to poszliśmy na mszę świętą,do pobliskiego kościoła.To już nie ta sama msza,co w Jerozolimie.Inny klimat i inna atmosfera.Ale jako katolicy,powinniśmy co niedziela być na mszy świętej i basta.Póżniej zajęliśmy się przygotowaniem obiadu.I już czekaliśmy na Błażeja,który dzwonił,że już jedzie.Jak przyjechał,to mówiliśmy mu o rozmowie z chłopakami z Izraela.No widzisz…Jak oni się kochają…No ale zapewne też takie słodziaki jak wy są.Zjedliśmy obiad i tak siedzieliśmy sobie na narożniku i rozmawialiśmy o życiu o handlu.Oglądaliśmy zdjęcia z Jerozolimy z Betlejem z Tel Awiwu.Jaki Wojtek zapłakany…No to jesteśmy w Wieczerniku,gdzie na dole jest symboliczny grób króla Dawida a na górze miejsce,gdzie najprawdopodobniej Jezus spożywał z apostołami ostatnią wieczerzę.A tu jaka mina tęga…Owoce morza na talerzu.Ale Wojtek tego nie wie.Myśli tylko,czy to nie to,ale ja mu mówię,że to oryginalna kuchnia żydowska.Że to smaczne…I tak zjadł i powiedział,że nawet dobre było.Nad samym morzem w ogródku przy hotelu.Pięknie tam.Jakie jachty…Jesteś>Zaprowadziłem Błażeja do kuchni i pokazałem mu na ścianie w kuchni to samo zdjęcie w powiększeniu i oprawione w ramkę.Jesteś…Błe…Otworzyłem mu drzwi do sypialni.Jest już powieszony ten chodniczek nad łóżkiem.Cudo!Jest panorama na nim świątynnego wzgórza w Jerozolimie.Nad chodniczkiem drzeworyt przedstawiający Jezusa w białej albie idącego boso po Jerusalem.No…Taki naturalny Jezus.Jak żywy.Ale pomyśl sobie,że to nie wyrób maszynowy a ręczna robota.Tam na miejscu siedział facet z dłutem i na oczach ludzi rzeżbił.Masz tutaj na dole wyrzeżbiony napis JERUSALEM i datę.Aha.A to drzewko oliwne?Jest na parapecie.Doczytałem w intenecie wszystko,co potrzeba do prawidłowego rozwoju tej rośliny.Na razie taka mała,ale jak kiedyś będzie takie drzewo olbrzymie?-pytał Błażej.Lat trzeba by,żeby takie urosło.To powoli rośnie.I jest możliwe,że będą owoce?Tak.Ale po ponad 10-u latach zdarzyło się komuś w warunkach domowych.I ten świecznik śliczny.Myśleliśmy że to Menora a tu Rachel mówił nam,że to Chanukii.I jego pali się od 25-go każdego miesiąca,przez 8-em kolejnych dni.Codziennie po jednej świeczce wieczór.Byliśmy wczoraj na nabożeństwie sabatowym w synagodze na Szerokiej.Musieli-zażartował Marek.Obiecaliśmy Markowi i Rachelowi,że będziemy.I tak się stało.Modlimy się za siebie nawzajem.Za miłość,która w nas jest i za nasz związek.Żydzi,to modlą się o poprawę interesów.Żeby im lepiej szły interesy-mówił Błażej.O wszystko się modlą.O siebie nawzajem.O zdrowie dla bliskich.O interesy też.Ale i o pokój na świecie.Za wszystkich życzliwych ludzi.No pokój,to oni mieć u siebie nie będą.Jak oddadzą część ziemi Palestyńczykom część ziemi,to tak.Ale to niemożliwe.Mojżesz wyzwolił naród żydowski z niewoli Egipskiej i dał im ziemię pod opiekę.-odpowiedziałem.Wierzysz w to?-zapytał Błażej.Taka jest historia Izraela,który poszedł dawno temu za Mojżeszem a potem królem Dawidem,który zostawił im dziedzictwo pisane przez wieki przez naród żydowski i kazał im się opiekować i dbać o tą ziemię.Tak mówił Rachel.Pamiętam jak wracaliśmy pieszo wieczorem w  piątek z modlitw z synagogi w Jerozolimie.Na niebie widać było mnóstwo kolorowych świateł,petard,strzały słychać było.To nie żydzi cieszą się z rozpoczynającego się sabatu,tylko żli Palestyńczycy wyrażają swoją złość na żydów i strzelają w powietrze.Na głównych ulicach Tel Awiwu widać po dwóch żołnierzy stojących z karabinami na ramieniu,czy trzech policjantów,bacznie przyglądających się każdemu przechodzącemu obok człowiekowi i przejeżdżającemu tramwajowi.Zabezpieczenie przed wściekłymi Palestyńczykami.Nieobliczalnymi nawet.A ci biedni żydzi modlą się w synagogach dalej o pokój na świecie.No nie biedni-dodał Błażej.No nie wszyscy są tam tacy aż bogaci.Też są biedni żydzi.No taka jest rzeczywistość tam.Byłem,widziałem.Wiem jak jest naprawdę-odpowiedziałem.Po 18-ej Błażej wyszedł a my zjedliśmy kolację.Wyszłem z Tawariszem na dwór.Obejrzeliśmy trochę telewizji.A teraz trochu posłuchamy ostatniej już transmisji rmf.maxxx z Ibizy i pójdziemy spać.Tyle. :-) :-)

DOSZLIŚMY JUŻ DO SIEBIE

Po przyjeżdzie,musieliśmy trochę odespać te niedospane noce i ten całodniowy pobyt na nogach.No bo tam w Jerozoimie,wychodziliśmy po siódmej.Koło ósmej najpóżniej.No bo chcący coś zobaczyć,czy gdzieś być,to trzeba było tak wstać.A wieczór po 20-ej byliśmy dopiero w hotelu.A też tam trzeba było małą przepierkę zrobić rzeczy osobistych,wziąść prysznic.A i zobaczyć w necie na dojazd do danego miejsca,czy miasta tak,żeby nie pytać już o drogę,tylko wyjąć małą karteczkę z zapiskami i mieć jak na dłoni wszystko napisane.Na seks już nie było siły i czasu.A jeszcze Błażej napisał emaila co z nami.To jeszcze wkleić coś do naszego bloga.A i złożyć netem zamówienie w piekarni.I tak po 23-ej kładliśmy się spać.A rano pobudka.Tak że w niedzielę poszliśmy po 20-ej spać i na zajutrz wstaliśmy koło 11-ej dopiero.Właściwie zwlekliśmy się z łóżka.W końcu nie ma nic w tym złego,bo Wojtek nie należy do zdrowych ludzi.Cały czas myślę jak on się czuje.Często pytam.Ale Wojtek nie powie prawdy,tylko zawsze,że nawet dobrze.Zależy mu na życiu,na nas.Zależy mu a tym,żebyśmy razem w życiu coś osiągnęli a nie żyli na poziomie ledwie przetrwał do 5-go.Jak przyjechaliśmy,to Wojtek już myślał,jak tam w saloniku.Już dzwonił do Marcina,jak tam sprzedaż idzie.W poniedziałek pierwsze co,to woreczki i siatki pozabierał z domu i już jedziemy na stoiska z preclami i już zaopatrujemy je w siatki i worki.Już patrzymy na ilości,jakie w czasie naszej nieobecności,się sprzedawały a ile zostawało.W banku już wyciągnął historię konta za ten okres.Chciałem wpierw pojechać na Stary Kleparz i zobaczyć na owoce,na mięso,bo pusta lodówka,ale Wojtek od razu niet.Pierw nasze precle i salonik a potem inne wszystko.Oki.Zresztą w poniedziałek,to nie ma świeżego towaru na kleparzu-dodał.Jak ogarnęliśmy nasz handelek,to dopiero pojechaliśmy do Auchan na zakupy.Wiemy na czym stoimy.Wiemy ile kasy mamy na dzień dzisiejszy.Okay.Teraz możemy zrobić zakupy.Taki teraz jest Wojtek.O dziwo,nie jest już taki romantyczny na ulicy jak kiedyś.Taka powaga,że nie wiem.Lekki uśmiech na twarzy i tyle.To ja jak wsiądę kolo niego do auta,to go złapię za udo i pogłaskam.Ale on od razu,że może w domu.Dobrze?A przychodzimy do domu,to już rozmowa o preclach o tym kiosku,na który załatwiamy pozwolenia i decyzje i lokalizację.Myślałem,że w urzędzie oni przepiszą tylko lokalizację tego kiosku na nas i tyle.W sumie to co tu więcej trzeba.Ale nie.Oni muszą zdjęcia mu zrobić.Muszą pomierzyć metrem długość i szerokość i wysokość obiektu.A przecież wszystkie wymiary już mają tam w papierach,więc jest to zbędne.Ale oni tak muszą.Dziś pojechaliśmy do marketu budowlanego po lakier i podkład i pędzle do pomalowania tych odrapanych z farby półek.To kwestia godzinki była i po robocie.Zamków całych nie będziemy wymieniać a tylko wkładki same.A to to ja sam zrobię.Skrzynka na gazety w tyle zardzewiała cała,ale to już RUCH będzie malował na popielato,tak jak cały kiosk i oklejał go reklamami.Nowoczesną,podświetlaną reklamę swojej firmy nam założy na przodzie.Już rozmawialiśmy z RUCHEM,bo musieliśmy podpisać faktury na towar,który dostarczano podczas naszej nieobecności,ale muszą mieć papier,że ten kiosk jest nasz i że w tym miejscu ma prawnie lokalizację.Nie może na zasadzie,że my doniesiemy.W końcu już wiadomo,że urząd zgadza się na to,ze ten kiosk będzie tam stał,gdzie stoi,ale dopóki urząd nie wyda zgody na piśmie,to nic nie możemy.Wiem,to kwestia formalna tylko,ale papier musi być i tyle.Wojtek jeszcze wczoraj podsunął mi propozycję postawienia w pobliżu stoiska z preclami.Ale ja powiedziałem mu,że będziemy na co dzień w kiosku,to będziemy się temu przyglądać.Samo to,że jest duży przepływ ludzi,to jeszcze nic.mamy taki punkt już.Ludzi dużo a najwięcej sprzedaliśmy 400 sztuk.Teraz dookoła wszędzie różnorakie jadło,to o czym mówimy.W hurtowni papierosów i chemi gospodarczej też już byliśmy wszystko po uzupełniać,odebrać zaległe faktury.Już mamy wszystko ogarnięte.Okay.Stolik pod pamiątki z Ziemi Świętej,czy jak to mówią chłopaki z Izraela z żydowskiej ziemi kupiliśmy.Tak chcieliśmy,żeby to było uszanowane a jednocześnie można było popatrzeć i po wspominać.Myśleliśmy że ten świecznik,to menora a okazało się,że świecznik Chanuki.Dziewięć ramion ma.Shamash świecznik.I od 25-go przez osiem dni się go pali.Codziennie po jednej świeczce od prawej strony zaczynając.Środkowy symbolizuje Boską Obecność i byt i dążenie do niego.A pozostałe to zrozumienie,mądrość,siłę,radę,bojażń Bożą,wiedzę.Jak wyjaśnił nam Rachel wczoraj,to Drzewo życia,wieczne światło.To krzew gorejący na górze Synaj.Wczoraj nie dzwonili chłopaki,bo zapewne poszli do Synagogi Miejskiej na modlitwę rozpoczynającą sabat.Pytałem w czwartek,czy będą szli w piątek do nocnego klubu,ale powiedzieli mi,że stale tak nie chodzą.W końcu oni są dla siebie rodziną i mają dużo obowiązków różnorakich.Pytają nas,czemu kiosk.Że tu kiosk,tam kiosk,tu wózek,tam wózek.A czy nie lepiej byłoby to zamienić na duży sklep jeden?Gdyby to kasy na tyle było,to możliwe,że tak by się stało,ale i też dzisiaj nie po handlujesz w takim sklepie,kiedy ludzie jeżdżą do hiper marketów i kupują już wszystko.A tak jedno na drugie pracuje.Wczoraj wreszcie znależliśmy czas na to,żeby sobie dobrze zrobić.W końcu już emocje nas wezbrały na maxa.Ale co.Zrobiliśmy sobie tylko po lodzie z połykiem.Trochę pieszczot przy tym i poszliśmy spać.No bo dziś pojechaliśmy do synagogi na modlitwę.Jak włączyliśmy komórki po wyjściu już na zewnątrz,to przyszedł taki sms,że numer Rachela,próbował się z nami połączyć.Chłopaki tam,wchodząc do Synagogi Miejskiej godzinę po nas na modlitwy sabatowe,puścili strzałkę,że pamiętają o nas.Napewno się za nas modlili.Dobrze nam życzą i my im też.Jadąc samochodem z Szerokiej,przejechaliśmy jeszcze koło stoisk z preclami.Wpadliśmy na chwilkę do saloniku.Marcin chwali sobie pracę w saloniku,ale pyta już o wolne.Chciałby tak 7-10 dni wolnego.Na razie,to  załatwiamy wszystko z kioskiem.A potem to będziemy w nim ogarniać i ruch i zamówienia i towar,to też nie będzie to możliwe.Powiedziałem mu,że w połowie września,jak już znajdzie się odpowiednia osoba do pracy w kiosku i już będzie tam pracować,to my zastąpimy go i będzie mógł pojechać do naszej pani gospodyni do Zakopca.Myśmy sobie też planowali pojechać jeszcze na tydzień w góry,ale wyszło jak wyszło.Mówią,że kuj żelazo,póki gorące,więc kujemy.Nie ma mi Wojtek tego za za złe,że nie pojechaliśmy.Oboje lubimy góry.Jeszcze nie raz pojedziemy.Nic się nie dzieje przecież.Obiadek przyrządziliśmy sobie w domku.We wtorek kupiliśmy świeże mięsko na gulasz,więc zrobiliśmy Spagetti Bolones z makaronem.Jeszcze trochu nam zostało,ale to tytułem kolacji zjemy.Na kolejnej już lekcji angielskiego,byliśmy u Michałki.Trochę topornie nam to idzie,ale chcemy podszkolić angielski.Przyda się.Zatankowaliśmy do pełna samochód.A i odwiedziliśmy warsztat mechaniki pojazdowej.Coś nam pyrkało,jak z trudem odpaliliśmy auto.Baliśmy się,że będziemy musieli pchać samochód,więc podjechaliśmy.Takie tam pół godzinki roboty i 250 zeta poszło.Ważne że już wszystko w porządku.Poza tym,że cały czas myślimy o naszym biznesie i rozpracowywujemy go,to jest w porządku.Jutro Marek ma na popołudniu do pracy a Błażej będzie siedział biedny sam,to go zaprosiliśmy do nas na obiad.A i porozmawiamy sobie na spokojnie.Zapewne będą konwersacje z angielskiego.Trzeba tak.Dobrze jest mieć takich na poziomie przyjaciół.TYLE.